Kolega Patryk posiada całkiem pokaźny zbiór komiksów. Sam już dawno wypadłem z tego całego komiksowego światka. Do tego stopnia, że nawet nie wiedziałem, że zginął Batman, a Peter Parker ujawnił swoją tożsamość. No cóż. Śmierć Supermana i upadek TM-SEMIC były wystarczająco silnymi przeżyciami.
Okazuje się, że jednak komiksy w Polsce wychodzą. Sa tylko bardzo drogie.
I tak oto po przeczytaniu alternatywnych przygód xmanów w "1602" postanowiłem zapoznać się z komiksami tak młodo zmarłego Michael Turner'a. W swoje ręce chwyciłem "Phantoma" i dziarskim krokiem ruszyłem w drogę do pracy. Siedząc w metrze nie mogłem jednak pozostać obojętny na spojrzenia dwóch pięknych pań - wiekowo bardzo do mnie zbliżonych.
Mieszanina pogardy, współczucia, zdziwienia..
w końcu jak dorosły facet może jadąc do pracy czytać komiks?
piątek, 31 lipca 2009
środa, 29 lipca 2009
chwila relaksu
Z pisaniem jest tak.. przynajmniej u mnie, że najgorzej jest zacząć. Potem jakoś już leci.
Wcześniej ciągle są wątpliwości. W końcu jak pisać.. to trzeba wiedzieć o czym pisać, a tuż potem mieć pomysł na to, jak to napisać.
Pomysłów miewam wiele, tylko najczęściej wtedy kiedy nie ma sposobności pisania. Paradoksalna złośliwość wyłącza te sfery mózgu odpowiedzialne za taki twórczy proces wtedy, kiedy taka sposobność się pojawia. A może to moja podświadomość płata mi figle, jakby nie wierząc w to, że coś sensownego z siebie wyduszę.?
Stwierdziłem dziś.. nie wiadomo dlaczego akurat w czasie wizyty w toalecie, że przydałyby mi się jakieś ćwiczenia relaksujące. Może to lektura "Diuny" i ćwiczenia stosowane przez Bene Gesserit. A może czysta refleksja nad tym, że nie jestem już tak opanowany jak kiedyś. Pewnie jedno i drugie.
Ten brak dystansu trudno oceniać jednoznacznie źle. Czasem wydaje mi się dobry, bo dodaje mi więcej emocji. Wcześniej często czułem się jak widz, obserwator, czysty świadek wydarzeń pozbawiony emocjonalnego stosunku do spotykających go doświadczeń. Taka postawa być może pozwala więcej widzieć, racjonalniej oceniać. Ale z drugiej strony czemu zawsze mam być racjonalny?
może warto te dwie rzeczy dobrze wyważyć.
wracam do pracy
Wcześniej ciągle są wątpliwości. W końcu jak pisać.. to trzeba wiedzieć o czym pisać, a tuż potem mieć pomysł na to, jak to napisać.
Pomysłów miewam wiele, tylko najczęściej wtedy kiedy nie ma sposobności pisania. Paradoksalna złośliwość wyłącza te sfery mózgu odpowiedzialne za taki twórczy proces wtedy, kiedy taka sposobność się pojawia. A może to moja podświadomość płata mi figle, jakby nie wierząc w to, że coś sensownego z siebie wyduszę.?
Stwierdziłem dziś.. nie wiadomo dlaczego akurat w czasie wizyty w toalecie, że przydałyby mi się jakieś ćwiczenia relaksujące. Może to lektura "Diuny" i ćwiczenia stosowane przez Bene Gesserit. A może czysta refleksja nad tym, że nie jestem już tak opanowany jak kiedyś. Pewnie jedno i drugie.
Ten brak dystansu trudno oceniać jednoznacznie źle. Czasem wydaje mi się dobry, bo dodaje mi więcej emocji. Wcześniej często czułem się jak widz, obserwator, czysty świadek wydarzeń pozbawiony emocjonalnego stosunku do spotykających go doświadczeń. Taka postawa być może pozwala więcej widzieć, racjonalniej oceniać. Ale z drugiej strony czemu zawsze mam być racjonalny?
może warto te dwie rzeczy dobrze wyważyć.
wracam do pracy
poniedziałek, 27 lipca 2009
Psipadek? (ocenzurowane)
Tu był miły i zabawny post!
Ale usuneła go CENZURA!
Ale usuneła go CENZURA!
Etykiety:
cenzura,
fałsz,
wściekłośc
czwartek, 16 lipca 2009
24
24 - z tyloma osobami mieszkałem w ciągu 14 lat pobytu poza domem.
poznałem różnych magików.. ale z takim jeszcze nie mieszkałem
sami zobaczcie
ten też wymiata
poznałem różnych magików.. ale z takim jeszcze nie mieszkałem
sami zobaczcie
ten też wymiata
środa, 15 lipca 2009
burza
jest czwarta rano.
Właśnie do siebie wróciłem.
W tym ciepłym deszczu i oddalonych pomrukach burzy poczułem się jak dzika bestia.
W ciemności wydałem z siebie pierwotny pomruk łowcy.
Przez rozszerzone nozdrza wciągnąłem ostrą woń miasta.
Mój słuch wyłapywał ostrą gonitwę oddalonych samochodów, wsłuchał się w szum drzew. Czujnie chłonął pomruki oddalonej burzy, które raz za razem oddalały mnie od mego człowieczeństwa a spychały mnie ku pierwotnym woli życia.
Ciepłe strugi deszczu spływały po moim czole, i policzkach. Zastygłem wsłuchany w wyraźny szum drzew. Gdzieś z oddali dotarły do mnie szmery czyichś kroków i śmiechów.. a potem usłyszałem wyraźnie wszystko.. każdą kroplę deszczu, szum wiatru, oraz puls miasta.
Ruszyłem przed siebie. Czujny i gotowy do skoku niczym puma..
Właśnie do siebie wróciłem.
W tym ciepłym deszczu i oddalonych pomrukach burzy poczułem się jak dzika bestia.
W ciemności wydałem z siebie pierwotny pomruk łowcy.
Przez rozszerzone nozdrza wciągnąłem ostrą woń miasta.
Mój słuch wyłapywał ostrą gonitwę oddalonych samochodów, wsłuchał się w szum drzew. Czujnie chłonął pomruki oddalonej burzy, które raz za razem oddalały mnie od mego człowieczeństwa a spychały mnie ku pierwotnym woli życia.
Ciepłe strugi deszczu spływały po moim czole, i policzkach. Zastygłem wsłuchany w wyraźny szum drzew. Gdzieś z oddali dotarły do mnie szmery czyichś kroków i śmiechów.. a potem usłyszałem wyraźnie wszystko.. każdą kroplę deszczu, szum wiatru, oraz puls miasta.
Ruszyłem przed siebie. Czujny i gotowy do skoku niczym puma..
sobota, 11 lipca 2009
Warka Team
Ostatnie dwa dni.. o przepraszam wieczory, noce i poranki spędzałem w Warce w towarzystwie pozytywnie zakręconej ekipy.
Spotkanie z panienką Żakliną implikowało poznanie Agnieszki, Zbyszka i Adama.
I tak wczorajszy świt bo baletach w Młynie spędziliśmy na działce Zbyszka - Do tej pory czuję smak marchewki.
A dzisiejszy świt zastał nas wśród ruin zamku w Czersku.. gdzie znaleźliśmy się po wizycie w dyskotce w Waliłach. I w jednym i drugim miejscu byłem po raz pierwszy. O ile jednak wcześniej widziałem juz zamek, o tyle na takim miejscu jak Waliły nie byłem. I wcale mnie tam nie będzie ciągnąć.. w przeciwieństwie do drugiego obiektu.
Więcej teraz nie napiszę. Dochodzi 8 rano i pora na sen.
W tle leca jakieś ambientowe dzwięki.. lubię przy tym zasypiać
Spotkanie z panienką Żakliną implikowało poznanie Agnieszki, Zbyszka i Adama.
I tak wczorajszy świt bo baletach w Młynie spędziliśmy na działce Zbyszka - Do tej pory czuję smak marchewki.

A dzisiejszy świt zastał nas wśród ruin zamku w Czersku.. gdzie znaleźliśmy się po wizycie w dyskotce w Waliłach. I w jednym i drugim miejscu byłem po raz pierwszy. O ile jednak wcześniej widziałem juz zamek, o tyle na takim miejscu jak Waliły nie byłem. I wcale mnie tam nie będzie ciągnąć.. w przeciwieństwie do drugiego obiektu.
Więcej teraz nie napiszę. Dochodzi 8 rano i pora na sen.
W tle leca jakieś ambientowe dzwięki.. lubię przy tym zasypiać
piątek, 10 lipca 2009
O tym jak najadłem się cudzych wiśni, a za plucie pestkami dostałem piwo.
Wczorajszy wieczór nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo miło. Zdrzemnąłem się chwilę po pracy, przez co nie zdążyłem na angielski.
Troche zaspany, trochę zły postanowiłem coś zjeść i zapalić papierosa.
Wstawiłem jajka do gotowania i udałem się na klatkę schodowa. Było tam parę znajomych mi osób.
Już mialem przypalać papierosa, gdy zauważylem nieznaną mi dziewczynę. To była Gosia.
PO krótkiej wymianie uprzejmości. Korzystając z tego, że jedzono tam wiśnie zaproponowałem zakład, który miał polegać na trafieniu pestką w cel. Metodą wyrzutu pocisku miało być plucie. Stawką było piwo.
Zabawa przednia. Po kilku próbach udało mi się trafić. A Gosia musiała pójść po piwo.
W dalszym ciągu oddawałem się miłym rozmową, po czym zmuszony potrzeba udałem sie do toalety.
Po drodze mijałem kuchnie.. a z niej duży smród. Jakis głąb znowu coś przypalił - pomyślałem.
To były moje, zwęglone jajka.
Troche zaspany, trochę zły postanowiłem coś zjeść i zapalić papierosa.
Wstawiłem jajka do gotowania i udałem się na klatkę schodowa. Było tam parę znajomych mi osób.
Już mialem przypalać papierosa, gdy zauważylem nieznaną mi dziewczynę. To była Gosia.
PO krótkiej wymianie uprzejmości. Korzystając z tego, że jedzono tam wiśnie zaproponowałem zakład, który miał polegać na trafieniu pestką w cel. Metodą wyrzutu pocisku miało być plucie. Stawką było piwo.
Zabawa przednia. Po kilku próbach udało mi się trafić. A Gosia musiała pójść po piwo.
W dalszym ciągu oddawałem się miłym rozmową, po czym zmuszony potrzeba udałem sie do toalety.
Po drodze mijałem kuchnie.. a z niej duży smród. Jakis głąb znowu coś przypalił - pomyślałem.
To były moje, zwęglone jajka.
czwartek, 9 lipca 2009
mikrus
spędziłem tu kawałek mego życia. 5 lat. A kolejne dwa tuż obok. W Rivierze.
To dobry czas. I dobry akademik. Choć czuję się tu już trochę jak dinozaur.
Jeszcze niecale dwa miesiące i ten etap życia będzie za mną.
Moja pierwsza wizyta w mikrusie to odwiedzenie jakiegoś kolegi, który napisał fajny program do obrobienia danych. Trzeba było napisać sprawozdanie z ćwiczenia na labfizie. O ile dobrze pamiętam były to jakieś zliczenia z licznika scyntylacyjnego.
Obskurne pokoje, jakieś połamane tapczany na korytarzu.
Kiedy zamieszkałem w Mikrusie zrozumiałem, że to zwykła codzienność. Początek roku to zwykle walka o meble i ich permanentne przemieszczane się z miejsca na miejsce.:) Były lata, ze było tego tyle, że nie dało się przejść przez korytarz.. nie mówiąc o wystawieniu całego magazynu z pokoju. I kto tam się przejmował potrzebami mieszkańców.. a krzesła.. przecież były tylko dla osób z pierwszego roku.
Opinie o wiecznych imprezach w akademiku są mocno przesadzone. Ale czasem zdarzały się naprawdę fajne.
Kiedyś nawet dostałem opiernicz za to, że grałem na gitarze. O ile można tak zamknąć jakieś anonimowe zamknij się. A przecież tak ładnie śpiewałem. To co, że po północy.
Rozumiem, że można nie znieść grania na puzonie od 20 do 22 wypełniającego całą klatkę schodową.. ale gitara.
Mimo tych wpadek pewnie będzie mi brakować tego miejsca.
To dobry czas. I dobry akademik. Choć czuję się tu już trochę jak dinozaur.
Jeszcze niecale dwa miesiące i ten etap życia będzie za mną.
Moja pierwsza wizyta w mikrusie to odwiedzenie jakiegoś kolegi, który napisał fajny program do obrobienia danych. Trzeba było napisać sprawozdanie z ćwiczenia na labfizie. O ile dobrze pamiętam były to jakieś zliczenia z licznika scyntylacyjnego.
Obskurne pokoje, jakieś połamane tapczany na korytarzu.
Kiedy zamieszkałem w Mikrusie zrozumiałem, że to zwykła codzienność. Początek roku to zwykle walka o meble i ich permanentne przemieszczane się z miejsca na miejsce.:) Były lata, ze było tego tyle, że nie dało się przejść przez korytarz.. nie mówiąc o wystawieniu całego magazynu z pokoju. I kto tam się przejmował potrzebami mieszkańców.. a krzesła.. przecież były tylko dla osób z pierwszego roku.
Opinie o wiecznych imprezach w akademiku są mocno przesadzone. Ale czasem zdarzały się naprawdę fajne.
Kiedyś nawet dostałem opiernicz za to, że grałem na gitarze. O ile można tak zamknąć jakieś anonimowe zamknij się. A przecież tak ładnie śpiewałem. To co, że po północy.
Rozumiem, że można nie znieść grania na puzonie od 20 do 22 wypełniającego całą klatkę schodową.. ale gitara.
Mimo tych wpadek pewnie będzie mi brakować tego miejsca.
wtorek, 7 lipca 2009
Po cichu gaśnie
smutno jest patrzeć na kruchą starość. Powolne przemijanie..
setki godzin tak podobnych w słabości i tak zbliżających do nieuniknionego.
Smutno jest widzieć, jak ta rzeczywistość zaczyna się mieszać z czymś innym.
Jakimś pocieszeniem jest świadomość tego, że to życie było dobre. Zrealizowane, spełnione. Do tego długie. Jaki może mieć jednak sens ta końcowa bezradność.. może tylko jako naukę dla tych, których to jeszcze czeka.
setki godzin tak podobnych w słabości i tak zbliżających do nieuniknionego.
Smutno jest widzieć, jak ta rzeczywistość zaczyna się mieszać z czymś innym.
Jakimś pocieszeniem jest świadomość tego, że to życie było dobre. Zrealizowane, spełnione. Do tego długie. Jaki może mieć jednak sens ta końcowa bezradność.. może tylko jako naukę dla tych, których to jeszcze czeka.
Red Tea
Poranek mnie dzis zaskoczył. Obudziłem się sam. W zasadzie nie miałem wyboru. Bateria w telefonie padła i móglbym bardzo długo czekac zanim by mnie obudział.
A więc tknięty przeczuciem wstałem wcześniej niż zazwyczaj. Po prysznicu zrealizowałem myśl, którą przespałem już wczoraj.
Założyłem tłumik i wystrzeliłem w okno serię cichych dźwięków.
Pograłem tak trochę, po czym zdjąłem tłumik.
Moje przeczucia okazały sie prawdziwe. Coś jest inaczej. Z tłumikiem gra się "głosniej" to znaczy z większym nateżeniem. I potem po zdjęciu to nateżenie zostaje... a tłumika nie ma.
Teraz sączę czerwoną herbatę i robię poprawki w kodzie.
A więc tknięty przeczuciem wstałem wcześniej niż zazwyczaj. Po prysznicu zrealizowałem myśl, którą przespałem już wczoraj.
Założyłem tłumik i wystrzeliłem w okno serię cichych dźwięków.
Pograłem tak trochę, po czym zdjąłem tłumik.
Moje przeczucia okazały sie prawdziwe. Coś jest inaczej. Z tłumikiem gra się "głosniej" to znaczy z większym nateżeniem. I potem po zdjęciu to nateżenie zostaje... a tłumika nie ma.
Teraz sączę czerwoną herbatę i robię poprawki w kodzie.
poniedziałek, 6 lipca 2009
Zmęczona twarz
Obudziłem się rano z myślą by pograć na puzonie. To dobra myśl. Ale powstała o parę godzin za wcześnie. Przewróciłem się na drugi bok próbując przestawić przy okazji budzik.. co jak się okazało udało mi się tylko połowicznie.
poźniej.. znalazłem się w pracy.. a tam dzień jak codzień. Szukanie własnych błędów, poprawki, testy, poprawki, testy. Zdziwienie. Testy. Testy. Poprawki. Plan lepszych testów. Plan lepszych poprawek. Kolejne zdziwienie i tak w koło macieju.
Można się zmęczyć.
Wracając postanowiłem posilić sie chińszczyzną. Niebieska budka nad trasą lazienkowską ma naprawdę dobrego kurczaka w cieście. Choć dziś sos słodko kwaśny okazał się bardziej kwaśny..
kiedy odchodziłem rzuciłem okiem na tych ludzi którzy tam się krzątają. 3-4 osoby. Mało miejsca. upał, mokro. Jeden z nich usiadł przy stole by chwile odpocząć. Był młody .. młodszy ode mnie. Miał bardzo zmęczoną twarz.
poźniej.. znalazłem się w pracy.. a tam dzień jak codzień. Szukanie własnych błędów, poprawki, testy, poprawki, testy. Zdziwienie. Testy. Testy. Poprawki. Plan lepszych testów. Plan lepszych poprawek. Kolejne zdziwienie i tak w koło macieju.
Można się zmęczyć.
Wracając postanowiłem posilić sie chińszczyzną. Niebieska budka nad trasą lazienkowską ma naprawdę dobrego kurczaka w cieście. Choć dziś sos słodko kwaśny okazał się bardziej kwaśny..
kiedy odchodziłem rzuciłem okiem na tych ludzi którzy tam się krzątają. 3-4 osoby. Mało miejsca. upał, mokro. Jeden z nich usiadł przy stole by chwile odpocząć. Był młody .. młodszy ode mnie. Miał bardzo zmęczoną twarz.
niedziela, 5 lipca 2009
Wpis pierwszy, czyli o tym jak zmęczyłem usta grając z tłumikiem
hmm to blogowanie chyba bedzie pełne niespodzianek...
... jakies dwa tygodnie temu kupiłem sobie futerał GigBag Gevy (całe 630 zł) oraz tłumik do ćwiczenia sssssshhhhhhmute by bremner...
(i tu nastąpiła przerwa techniczna. Pomyślałem, że nie podszedłem zbyt poważnie do tego pierwszego wpisu na pierwszym w życiu blogu. Drobne przemeblowanie, stolik - na nim należycie ustawiony laptop. Obok wspomniany tłumik i popielniczka w kształcie Jamajczyka palącego skręta. Trzask ocieranego kamienia w zapalniczce i pierwsza smużka dymu. No tak.. wypadałoby nieco przyciemnić światło i można pisać.)
...wiec tłumik kosztował kolejne 270 zł.. a takie wydatki to dobry motywator do tego by końcu skończyć te puzonowe wakacje i zaczać coś ze sobą w tej materii robić.
Jak widać dojrzewałem do tego dwa tygodnie.
(połowa papierosa za mną)
wiem dobrze w którą stronę chcę teraz w muzyce pójść. Wiem dobrze jakie mam braki. Nieco słabiej wiem jak rozplanowac sobie tą pracę. Od czego zacząć by było dobrze. Ale pierwszy krok jest.
(zdusiłem niedopałek)
Gra się z tym ustrojstwem nieźle. Ale na mimo wszystko ciągle grać z takim tłumikiem chyba się nie da. Kiedy go zdjąłem by na chwilę sprawdzić jak to wszystko brzmi.. to brzmiało.. coś jakby głośno.. mimo, że grałem cicho.
Takie pół godzinne ciche trombienie w pokoju. A jeszcze dwa - trzy lata temu miałem taki tupet, że wychodziłem na klatkę schodową i grałem sonatę Hindemitha, czy koncert Davida.. nie zazdrościłem współmieszkańcom. Ale.. nie miałem tłumika, a ćwiczyć trzeba było.
Nowe pokolenia mikrusowego bractwa nie wiedzą już jak to jest, gdy jakiś szaleniec gra na klatce schodowej. Akademik marnieje.. a ja tutejszy dinozaur spokorniałem..
Zreszta to już ostatnie dwa miesiące mikrusowego życia. A potem duże zmiany i mieszkanie na Ochocie. Tam sobie na klatce schodowej nie pogram.. a i pewnie w domu nie poćwiczę bez tłumika.. dlatego.. może jeszcze warto by wzbudzić trochę emocji szanownej braci studenckiej i przed wyprowadzeniem się zagrać choć jeden - ostatni raz na schodach.
... jakies dwa tygodnie temu kupiłem sobie futerał GigBag Gevy (całe 630 zł) oraz tłumik do ćwiczenia sssssshhhhhhmute by bremner...
(i tu nastąpiła przerwa techniczna. Pomyślałem, że nie podszedłem zbyt poważnie do tego pierwszego wpisu na pierwszym w życiu blogu. Drobne przemeblowanie, stolik - na nim należycie ustawiony laptop. Obok wspomniany tłumik i popielniczka w kształcie Jamajczyka palącego skręta. Trzask ocieranego kamienia w zapalniczce i pierwsza smużka dymu. No tak.. wypadałoby nieco przyciemnić światło i można pisać.)
...wiec tłumik kosztował kolejne 270 zł.. a takie wydatki to dobry motywator do tego by końcu skończyć te puzonowe wakacje i zaczać coś ze sobą w tej materii robić.
Jak widać dojrzewałem do tego dwa tygodnie.
(połowa papierosa za mną)
wiem dobrze w którą stronę chcę teraz w muzyce pójść. Wiem dobrze jakie mam braki. Nieco słabiej wiem jak rozplanowac sobie tą pracę. Od czego zacząć by było dobrze. Ale pierwszy krok jest.
(zdusiłem niedopałek)
Gra się z tym ustrojstwem nieźle. Ale na mimo wszystko ciągle grać z takim tłumikiem chyba się nie da. Kiedy go zdjąłem by na chwilę sprawdzić jak to wszystko brzmi.. to brzmiało.. coś jakby głośno.. mimo, że grałem cicho.
Takie pół godzinne ciche trombienie w pokoju. A jeszcze dwa - trzy lata temu miałem taki tupet, że wychodziłem na klatkę schodową i grałem sonatę Hindemitha, czy koncert Davida.. nie zazdrościłem współmieszkańcom. Ale.. nie miałem tłumika, a ćwiczyć trzeba było.
Nowe pokolenia mikrusowego bractwa nie wiedzą już jak to jest, gdy jakiś szaleniec gra na klatce schodowej. Akademik marnieje.. a ja tutejszy dinozaur spokorniałem..
Zreszta to już ostatnie dwa miesiące mikrusowego życia. A potem duże zmiany i mieszkanie na Ochocie. Tam sobie na klatce schodowej nie pogram.. a i pewnie w domu nie poćwiczę bez tłumika.. dlatego.. może jeszcze warto by wzbudzić trochę emocji szanownej braci studenckiej i przed wyprowadzeniem się zagrać choć jeden - ostatni raz na schodach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
