Byłem dziś z R. na Tristanie. Balet w dwóch aktach.
Dobrze, że niedawno oglądałem bajkę o T i I. Mogłem się połapać mniej więcej kto jest kto i co się dzieje.
Trudno powiedzieć by mnie ta sztuka oczarowała. Ale wprowadziła mnie w specyficzny nastrój. Mam tak chyba zawsze, gdy obcuję z jakąś nową, nieznaną mi formą sztuki.
Początek nie wróżył niczego dobrego.
Muzyka nie porywała, a i piruety tancerzy budziły tylko ciąg takich samych pytań. Dlaczego? Po co?
Dlaczego on się tak rusza? po co wykonuje te wszystkie gesty?
suivi - pas de bourrée zamiast ze zwiewnością skojarzyło mi się raczej z krabami chodzącymi w bok na cienkich nóżkach.
Skoki i piruety wydały mi się formą dla formy.
I dlaczego ten Tristan tyle śpi?
Do tego nie pomagały jakieś techniczne problemy, przez które 1/3 tła inscenizacji, zamiast przygotowanych kompozycji wyświetlała jakieś logo, lub ikonę gniazd i wtyczkę.
Opera Narodowa! Brawo
Akcja bardziej zrozumiała stała po walce z Morhołtem. Tego Pana trudno było przeoczyć i była to pierwsza postać, z której tańca coś zrozumiałem. Dalej było coraz lepiej. Choć nie rozumiałem dlaczego Tristan opiera się Izoldzie. Widocznie był nieśmiały. Jednak ten opór zaowocował możliwością zobrazowania tańcem przemiany jaka w nich nastąpiła po wypiciu magicznej mikstury.
W drugim akcie wyrazistości zyskał nie tylko taniec, ale i muzyka. Znacznie to wyostrzyło moją percepcję i dostrzegłem nawet kilka zwiewnych, ale urzekających momentów, w których ta muzyka naprawdę współgrała i obrazowała całą historię. Zwykła zmiana kierunku ruchu, połączona ze zmianą akordu, zgrane w czasie tworzyć mogą niesamowite wrażenie.
Do tego muzyka coraz więcej miała do obrazowania. Zawiłe relacje i historie dzielące i łączące Tristana, Marka i Izoldę dawały pole do popisu.
Obejrzałem i mam mieszane uczucia. Dla nabrania ogłady i zdania wypadałoby zobaczyć od czasu do czasu takie przedstawienie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz